Grube ryby

Wędkowanie dla prawdziwych mężczyzn

Nie chodzi o wielkie osobistości, chociaż w oczach zdobywców są zawsze większe niż w rzeczywistości. Ryby, oczywiście. Wędkarstwo tylko z pozoru jest sportem pozbawionym adrenaliny. Może być ostro, szczególnie, jeśli naszym celem są naprawdę grube ryby...

Grube rybyEkstremalne wędkarstwo?

sablin/Fotolia

Na hasło „sporty ekstremalne”, przed oczami stają nam skoki ze spadochronem lub spływ kajakowy rwącym górskim potokiem. Faktycznie. To są sporty ekstremalne, w których liczy się dawka adrenaliny. Ale jeśli chcesz wziąć udział w prawdziwie ekstremalnej przygodzie, którą zapamiętasz na całe życie, to... wybierz się ze mną na ryby.

Nie, nie namawiam nikogo do połowu mikroskopijnych okonków z pomostu w upalny lipcowy dzień, bo to przyjemność żadna, a w trakcie pić się chce jak diabli i gorąco jak w piecu. Ale prawdziwa wyprawa na „grube ryby” i w warunkach naprawdę niecodziennych – to jest naprawdę coś dla twardych facetów. Takich jak ty albo ja.

I jeszcze coś: nie trzeba takich przygód szukać na jakichś odległych kontynentach. Mam na myśli wyprawę na ryby w Polsce i to zupełnie niedaleko. Konkretnie – nad najbliższą dużą rzekę – Wisłę, Odrę, Bug, albo Wartę. Naprawdę warto! Oczywiście pod pewnymi warunkami.

Aby nie trzymać nikogo już dłużej w drażniącej niepewności, uchylę rąbka tajemnicy. Jedziemy na nocne rzeczne sumy. Brzmi nieźle? To czytajcie dalej...

Najpierw sprawa sprzętu, w kilku dosłownie słowach. Krótko – tu nie ma miejsca na finezję, cienkie żyłeczki, spławiczki, haczyczki i jakieś popierdółki. Kije mocne, maksymalnie trzymetrowe, o akcji nieco tylko żywszej niż kij od szczotki, o dużym ciężarze wyrzutowym. Kołowrotek – jak najmocniejszy. Żyłka – co najmniej 0,40. Haki kute, markowe, z oczkiem. Wielkość (czy raczej – małość) nie ma żadnego znaczenia, bo sum ma mordę jak szaflik i połknie wszystko i jeszcze się obliże. Do tego ciężarki  (bo łowimy na grunt) co najmniej 100 gram. I jeszcze coś: wygodne krzesełko, bo przed nami cała noc.

Co do przynęt, też nie ma co wymyślać, bo są trzy najskuteczniejsze i przeze mnie przetestowane. Pierwsza to rosówki. Największe, jakie nam się uda kupić albo wykopać. Druga – kurze wątróbki. Takie, które parę dni poleżą na balkonie, w ciepełku, aż zaczną dostawać nóżek. I trzecia,  najskuteczniejsza, choć najtrudniejsza do pozyskania: turkuć podjadek. To taki paskud, który wyjada marchew na działce u teściowej. Na suma – przynęta idealna.

Wiem, że już ten wstęp brzmi dość ekstremalnie, ale teraz będzie jeszcze lepiej. Bo najlepsze miejsce na suma to duża rzeka, położona możliwie daleko od miasta i od cywilizacji. Pora dnia to noc, od zmierzchu do świtu. I najlepsze – musi to być noc tuż przed burzą, czyli letnia, upalna, gorąca i duszna. Jeśli łowienie w takich warunkach nie będzie dla was ekstremalnym przeżyciem, pozostaje już tylko skok na bungee bez liny...

Oprócz wszystkiego, co wymieniłem do tej pory, zabieramy sprzęt biwakowy: saperkę, siekierkę, latarkę, coś do jedzenia, jakieś kiełbaski na ognisko, inne delikatesy. Alkoholu nie polecam, bo jak się człowiek po ciemku nad rzeką natrzaska, nie tylko ciężko będzie coś złowić, ale i samemu można się załatwić. Cztery puszki napoju energetycznego, termos kawy, butelka wody mineralnej – to powinno wystarczyć.

Wyjeżdżamy pod wieczór, kiedy wyraźnie zanosi się na nocną burzę. Znajdujemy kawał rzeki, najlepiej schowany gdzieś w lesie, dostatecznie daleko od wszystkich. Uwaga – jedziemy sami! Żadnych kumpli – w pięciu wyciągniecie suma z rzeki bez pomocy wędki, a tu chodzi o przygodę, a nie o zdobywanie pożywienia dla rodziny. No i warto pobyć parę godzin z samym sobą – to też dla niektórych może być przeżycie ekstremalne.

Najpierw zbieramy chrust na ognisko; ogień rozpalony w nocy może stanowić dla sumów dodatkową atrakcję i raczej nie będzie ich odstraszał. Wybieramy miejsce, rozkładamy krzesełko, uzbrajamy wędki, zarzucamy i... czekamy, wsłuchując się w odgłosy przyrody. A w nocy w lesie przyroda ma nam naprawdę wiele do powiedzenia.

Sumy wędrują w poszukiwaniu żeru, więc nie ma sensu ani za nimi biegać, ani ich specjalnie zanęcać. Siedzimy i czekamy na naszą „rybę życia”. Może się zdarzyć, że zaskoczy nas lis, stado saren, wścibskie bobry albo coś jeszcze innego, ale tak naprawdę nie ma się czego bać. W nocy, w lesie, nad rzeką – to my jesteśmy największym drapieżnikiem.

Wydarzenia turystyczne

atrakcje

http://veturo.pl/article/255/grube-ryby/